Wiem, że dziś święto, ale z powodu przeziębienia nigdzie nie wychodziłam. Miałam plan, aby zabrać się za szycie, ale nie wyszło. Złożyło się na to parę powodów. Jak zwykle nie skompletowałam wszystkiego, poza tym nie miałam jasnego projektu. Potem okazało się, że kolory nie bardzo są zgrane. No i pracę trzeba było odłożyć. Nie wiem do kiedy. Bardzo brakuje mi takiego choćby małego pokoiku pracowni, gdzie mogłabym porozkładać się ze wszystkim i nie musieć sprzątać, kiedy trzeba kończyć pracę. Ale pozostaje to w sferze marzeń. Właściwie wszystko pozostaje. Nie umiem ich realizować. Nawet małe próby kończą się niepowodzeniem.
Dom jest i nie jest moim. Nie czuję się w nim wolna. Zaczynają mi przeszkadzać miny, ostentacyjne gesty, tumiwisizm, odsuwanie wszystkiego i drobne objawy agresji.
Czuję, że zamknęłam się. Już mi nie zależy, a co gorsza mam pewne myśli, które towarzyszą mi co dzień. Uwierają, przeszkadzają, bo wiem, że nic z tym w tej chwili nie zrobię. Wiem, życie jest krótkie, szkoda czasu, a jednak zawsze liczę się z innymi, szczególnie moimi bliskimi.
Czuję się też oszukana. Nic na to nie wskazywało. Jeszcze nie czas, by tu o tym mówić. Może nawet nigdy o tym nie powiem, bo tak trudno przyznać się do porażki. Kolejnej porażki. Dlatego staram się wyrywać z życia chwile dla siebie, bo mi żal, że nie mogę być sobą, że nie mam odwagi i siły.
Nawet zdjęcia są tylko nieudolnym udawaniem, że jest dobrze.
Jestem jak Smuteczek, którego już nie ma.