RSS
piątek, 07 sierpnia 2015
"Kwitnący krzew tamaryszku" Wanda Majer-Pietraszak

Tegoroczne spotkanie w Sopocie, w Zatoce Sztuki, miało zdecydowanie lepszą oprawę niż w latach ubiegłych. Ogrodowy, trochę w stylu prowansalskim wystrój stworzył niepowtarzalną atmosferę, która udzieliła mi się już po przekroczeniu progu. Wszystkiego dopełnił taras z widokiem na zatokę, ale na szczęście bez kontaktu z gośćmi hotelu. 

Przybyłyśmy na parę godzin przed spotkaniem, aby pomóc organizatorkom w przygotowaniach. I bardzo dobrze, bo pracy było nie na cztery pary rąk, ale na co najmniej dziesięć. Wszystko dopięłyśmy na ostatni guzik na chwilę przed czasem, zatem była chwila na oddech.

Już układając siatki z książkami, poczułam miętę do jednej z pozycji :). Niestety, nie było jej w tej przydzielonej mnie. :( Ale spotkanie nasze ma bardzo dobrą formułę. Dostajemy książki, ale też i wymieniamy się nimi, jeśli okaże się, że coś nie do końca jest w naszym guście. I tak udało mi się wymienić jeden z mrocznych kryminałów na tytuł, który tak bardzo mnie przyciągał.

Kwitnący krzew tamaryszku Wandy Majer-Pietraszak to książka, no właśnie... Wszyscy czytelnicy znają pojęcie: realizm magiczny. Najczęściej zaś kojarzoną z nim książką, jest Sto lat samotności. Przyznaję, że nigdy tej książki nie przeczytałam do końca, choć trzy razy zaczynałam. Ostatni raz doszłam aż do 270 strony. Niewiele zabrakło. Nie dałam rady. 

Czytając Kwitnący krzew tamaryszku myślałam od pierwszego zasadniczego rozdziału, że mam do czynienia z realną magią. Bo czyż nie jest nią świat, w którym bohaterki i bohaterowi z krwi i kości godni są miana swego człowieczeństwa? Szczególnie w dzisiejszym świecie? Nie są papierowi, sztampowi czy nierealni. Są magiczni przez swoją życiową postawę, przez swoją walkę dla dobra innych i siebie. Nieświadomie także propagują Konfucjański model życia.

Już w trakcie zagłębiania się w lekturę, doczytałam, kim jest autorka. Serial Siedlisko oparty na jej scenariuszu należy do jednych z moich ulubionych. 

Początek w czytaniu był trudny. Zdania jakby akademickie, poprawne, ale niezbyt lekkie. Dialogi chwilami nie z tego świata, może nawet nazbyt poprawne, okrągłe, pełnymi zdaniami. Na moment pomyślałam, że się pomyliłam, że to nie będzie ciekawa podróż. Ale w miarę czytania zdania stawały się gładsze, bardziej naturalne, aż w końcu zdominowały je losy bohaterek, a szczególnie, Myszki.

I popłynęłam. Żadna z prac w domu nie wydawała się ważna. Szukałam chwil, gdy będę mogła ponownie zajrzeć do tamtego, dla mnie magicznego świata.

Cztery przyjaciółki od młodości, które jak to w życiu, idą własną drogą, ale nie zapominają o sobie, choć często nie widzą się latami. Mają różne wykształcenie, związki, pracę, a nawet jak się okazuje jedna z nich odmienną orientację seksualną. A jednak ta różnorodność, pozornie dzieląca łączy je w obliczu bólu ale i radości.

Dlaczego warto przeczytać książkę Wandy Majer-Pietraszak? By przekonać się, że w tym naszym polskim piekiełku są normalni życzliwi, tolerancyjni ludzie. Że warto wzajemnie się wspierać mimo własnych słabości i trosk. Warto poświęcać czas dla innych, bo on wraca do nas w dwójnasób. 

Jest i siedlisko, czyli skromny domek na wsi, który stanowi fundament, to coś co spaja, zarówno nas wewnętrznie rozbitych jak i nasze życie. Bo każdy z nas musi mieć takie siedlisko i taki kwiat tamaryszku oraz psa :) czy kota, by czuć się bezpiecznie. By mieć gdzie wracać.

To książka dla szukających ukojenia, ciepła, magi domu i rodziny, przyjaźni, wiary, że i dla mnie jest gdzieś miejsce oraz dla mnie także świeci słońce. Wszystko tam znajdziecie. 

Miłej lektury.


10:48, ladymgielka
Link Komentarze (1) »
środa, 29 lipca 2015
Chciałam napisać o książce

Jednak w tym momencie nie mogę, bo nieopatrznie zajrzałam do komentarzy pod artykułem mówiącym o śmierci Jana Kulczyka.

Nieistotne w tej chwili jest to, co Jan Kulczyk zrobił i jakim był człowiekiem naprawdę, najważniejsza jest reakcja Polaków.

Jestem nią przerażona i jednocześnie wstydzę się w tym momencie, że jest Polką. Jako naród dotknęliśmy dna. I proszę mi nie mówić, że to grupa trolli. 

Jak łatwo wydajemy sądy, jak szybko oceniamy innych, w ogóle ich nie znając. Jak skarlałym jesteśmy narodem, by wylewać z siebie tak potworny jad nienawiści.

Nie napiszę już więcej, bo musiałabym pójść po bandzie. 

19:50, ladymgielka
Link Komentarze (1) »
środa, 03 czerwca 2015
Wygrałam bitwę

Bardzo dawno mnie tu nie było, bo i sił nie było, by pisać.

Przeżyłam groźbę utraty pracy. Stan podniesionej adrenaliny trwał ponad dwa miesiące. Moja praca przez miniony rok nad strategią działań w razie tej sytuacji przydała się. 

Wygrałam bitwę. Idę na rok na urlop, ale mogę wrócić. Kosztowało i kosztuje mnie to do dziś bardzo wiele, bo przyszło mi grać tak jak przeciwnik pozwala. Choć ta gra nie jest z mojej bajki, w ogóle nie jest z bajki, ale z piekła rodem. Nigdy nie sądziłam, że będę musiała się posunąć do takiej strategii. Nie będę o tym pisać, bo po prostu wstyd, jak na psy ten świat zszedł. 

To tyle na dziś i tak dużo.

Pozdrawiam was serdecznie :)

21:29, ladymgielka
Link Komentarze (7) »
niedziela, 02 listopada 2014
Czas zadumy i wspomnień

    Gdy człowiek jest młody sądzi, że żyć będzie wiecznie, że śmierć go nie do dotyczy. Na co dzień nie myśli o tym. Nawet jeśli przyjdzie mu uczestniczyć w pogrzebie, to sądzi, że na moment znalazł się w tym innym świecie. Że tak jak Odyseusz zszedł do Krainy Cieni, ale zaraz powróci na światło.

       Z wiekiem to się zmienia. Gdy zaczynają odchodzi bardzo nam bliscy ludzie: Babcia, Dziadek, których dane nam już był lepiej poznać, bo zdążyliśmy dorosnąć, Mama czy Tato, to czujemy, że śmierć zaczyna nas dotykać, że jest coraz bliżej. Chodząc na groby, zaczynamy też zdawać sobie sprawę, że i nasz czas przyjdzie. Że jest to nieuniknione. Pojawiają się myśli, w których stajemy się głównymi bohaterami.

     Często myślę o odejściu, nie o tym, kiedy to będzie i jak, ale staram się oswajać z tą myślą. Inaczej jak zwolennicy halloween. Nie ośmieszam śmierci, nie czynię z niej zabawy, nie żartuję. OSWAJAM, czynię częścią życia. Strach może budzić jedynie sposób umierania, ale myślę sobie, że samo przejście na tamten świat nie jest chyba takie straszne.

      Dlaczego naszego lęku nie budzi myśl o tym, gdzie byliśmy i jak wyglądała rzeczywistość z której przyszliśmy? Tam też przecież wracamy. Jest w nas żal za tym, co opuszczamy, co przeżyliśmy, za tymi, których zostawiamy. Jest troska o naszych bliskich, szczególnie dzieci. Zadajemy sobie pytanie, czy bez nas sobie poradzą. 

     Myślę o moich dzieciach i wnukach, prawnukach i ich dzieciach. W jakim świecie będą żyły? I tak egoistycznie myślę też o tym, czy choć na moment zatrzymają się przy mojej fotografii, jeśli ją mieć będą lub przy moim nazwisku, tak jak ja dziś to robię, myśląc o moich Przodkach. Bo bardzo mocno czuję swoje korzenie, czuję, że jestem tu dzięki Nim. Ich odwadze, charakterowi, sile woli. Że jestem wypadkową Ich cech charakteru. Noszę Ich marzenia i pragnienia, często nie zdając sobie z tego sprawy. Ale myślę też o ich codziennym zmaganiu z rzeczywistością ich czasów, z ich cierpieniem.

    Najdokładniej widzę oczami swej wyobraźni ten towarowy wagon mroźnego marca 1945 roku toczący się powoli po torach Podkarpacia i Ukrainy. Na podłodze brudna już niewyobrażalnie od ludzkiego potu i odchodów słoma. Prawie sto osób w wagonie. I widzę przez łzy leżącego na na niej 39 letniego Mężczyznę, kaszlącego, z wysoką temperaturą. Przysypia na chwilę, aby obudzić się z rozrywającym w czasie kaszlu bólem w piersiach. Chwilami traci przytomność. Co myśli, co czuje? Jak dalece zdaje sobie sprawę ze swojego położenia? Czy wie, że odchodzi, że jego czas się kończy? Czy ma przed oczami swoją żonę, synów?

    Towarzysze niedoli próbują podać mu blaszany kubek z wodą, ale sami są już wycieńczeni, głodni, zmarznięci. 

     I myślę, jak pewnego dnia, ciemnym jeszcze rankiem Mężczyzna przegrywa walkę z zapaleniem płuc, mrozem, samotnością i cierpieniem. Odchodzi na tamten świat, ponoć lepszy, oby lepszy.

  Jak zmarznięci więźniowie tego wagonu na stacji Penza, zgrabiałymi dłońmi wyciągają ciało współtowarzysza niedoli. Jak zostaje on na bezdusznym wozie zawieziony na pobliski cmentarz i zakopany w zimny dole - grobie. Bez księdza, żałobników. Może nawet bez trumny. Jak zwierzę.

     To mój Dziadek, Kazimierz.

    Dziadku, gdziekolwiek jesteś, mam nadzieję, że będę mogła Cię tam odnaleźć. Że będę mogła przytulić. Że już nigdy nie będziemy się bać.

07:52, ladymgielka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 października 2014
Wypalenie zawodowe

Dawniej słowo to było puste znaczeniowo. Myślałam, że mój zawód to moja pasja, moje życie. Nawet w najtrudniejszych chwilach nie wierzyłam, że mogłabym realizować się gdzie indziej.

W ostatnich latach zaczęło coś pękać. Najpierw małe symptomy, które kładłam na karb zdrowia. Potem zaczęłam dostrzegać absurd tego, co robię. Bo odezwą na moją pracę-pasję są puste oczy, znudzenie i pytanie "Po co?".  Nie pomagają tłumaczenia, dlaczego robimy jakieś zadanie, czego ono uczy, do czego się przydaje. Doczekałam się też odpowiedzi, że "Nie będę uważał, bo mnie to nie interesuje, bo ja się niczym nie interesuję. Jestem tu, bo muszę mieć papier."

Jestem kiepskim belfrem, bo nie znalazłam na to sensownej odpowiedzi, a w pyskówki wdawać się nie chciałam. 

Kolejną rzeczą jest reforma, która prowadzi do upadku szkolnictwa. 

To mój 31 rok pracy. Najlepiej pracowało mi się w czasie komuny. Szkoła miała poważanie, a najgorszy uczeń umiał czytać i pisać. Bo nauka może być przyjemnością, ale uczeń musi wiedzieć, że ma także obowiązki, nawet w tej zabawie. Dziś do matury chcą przystąpić analfabeci, którzy nie dopuszczają do siebie, że ich poziom nie sięga nawet obecnej prostej matury, o tej sprzed 10 latu nie wspomnę. Moi uczniowie, którzy przed laty kończyli ósmą klasę umieli więcej. Wypowiadali się, budując poprawnie zdania. Ich wypowiedzi były KOMUNIKATYWNE.   

I ostatnia rzecz. W polskiej szkole nie liczą się: wybitny pedagog ani prawdziwe dobro ucznia. Liczą się przepisy, standardy, cyferki, papierki, statystyki.

Do emerytury zostało mi 8 lat. Nie wiem, jak dotrwam. Wchodząc do niektórych klas, ukrywam strach. Bo jeśli uczeń mnie uderzy albo obrzuci słownym błotem, to winna będę ja. Nawet jeśli uczeń będzie młodocianym kryminalistą.

Nie wiem, czy poradziłabym sobie obecnie w innym zawodzie. Być może przyjdzie mi się o tym przekonać w przyszłym roku.

13:49, ladymgielka
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 października 2014
Córa marnotrawna :)

Od miesięcy, bardziej niż wcześniej, uczę się pokory. 

Wyznaczam sobie na najbliższy czas priorytety życiowe, zupełnie nowe.

Nie wiem, czy starczy mi czasu, aby tu pisać, ale postaram się. Może powinnam jednak mówić o tym, co mnie boli? Nie pisałam, bo nie chciałam epatować problemami. Rok 2014 się nie skończył. Festiwal upadków, potknięć, nieszczęść i problemów trwa. Dotyczą nie tylko mnie i moich bliskich, ale także przyjaciół.

Kiedy blog był zamknięty, wiele razy pisałam w myślach kolejny post, dzieliłam się z Wami przemyśleniami, żaliłam się, rzadziej - uśmiechałam. Może coś z tych okruszyn następnym razem tu wrzucę.

Pozdrawiam Was serdecznie i bardzo dziękuję za troskę i maile. Buziaki.

19:21, ladymgielka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 marca 2014
moje pisanie

nie bardzo wychodzi, bo ...

no właśnie, wiele się na to składa.

Permanentny brak czasu. Nawet na czytanie innych blogów. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Codziennie zaglądałam do ulubionych blogów, czasem nawet dwa razy. Obecnie zdarza mi się to dwa, trzy razy w tygodniu, ale na komentarze nie mam prawie w ogóle czasu. Bywają też momenty, że nie bardzo wiem, co napisać. 

Wiem, gdzie tkwi problem, ale nie wiem, czy chcę o tym pisać. 

Zła passa, która dała o sobie znać w Nowy Rok, trwa. Nie ma tygodnia, aby nie przyszła zła wiadomość dotycząca moich bliskich.

Pozytywy: to zaliczony przez Juniora starszego I semestr studiów magisterskich i praca, która mu się podoba, choć na razie z umową na rok, ale perspektywy są. Przyszła synowa załapała dorywczą pracę, może także z perspektywami. To cieszy, że zweryfikowała swoje wymagania i nie liczy na wysokie "stanowisko", bo jest po studiach. Takich jak ona wiele :(. Junior młodszy nieznacznie wyhamował, ale czuję, że nie wszystko wiem. Pod skórą, moją oczywiście, czai się strach. Są też trochę lepsze układy z drugą połówką. Stara się, zatem coś drgnęło. Tylko ja chyba już niekoniecznie mam ochotę na to, by być z kimś.

Najgorzej jest z pracą. Zaczął się tak zwany ruch służbowy i potrwa do maja. Wszyscy żyjemy w potwornym stresie. Na początek poszły matematyczki. I wylały na wierzch absurdy naszego polskiego prawa.

Liczba młodzieży w ostatnich trzech latach drastycznie z powodu niżu spadła. Tak zwana góra myśli budżetem bieżącym jedynie, zatem w liceach ogólnokształcących liczba klas pozostaje bez zmian, bo są po prostu tanie, a w technikach i zawodowych szkoła się tnie, bo są drogie w utrzymaniu. Szczególnie nasza szkoła, gdzie zajęcia nauki zawodu na poziomie technikum odbywają się w małych grupach. Zatem obcięto nam znacznie liczbę klas. O każdą na wiosnę trzeba walczyć. Przez ostanie 5 lat ubyło nam zatem w sumie (na każdym poziomie) razem 10 klas. To ogromna liczba w przeliczeniu na etaty. I tu zaczyna się problem.

Część nauczycielek, dla których praca w szkole nie była pasją, niekoniecznie najmłodszych, uciekła w ciążę i kolejne dzieci. Matematyczek było 7. Teraz potrzeba ich tylko trzy. Jednej, która wróciła w ubiegłym roku z urlopu wychowawczego dyrektorka załatwiła przeniesienie do innej szkoły, za jej zgodą, bo nie było etatu dla niej. 

Prawo polskie przewiduje, że kobietę wracającą po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym należy przyjąć do pracy na to samo lub równorzędnie stanowisko. Byle dostała taką samą płacę, jak poprzednio. Ale w szkole nie ma takich możliwości, bo nie można przyjąć kogoś do pracy, jeśli nie ma już stanowiska, na którym pracował. Nie można też utworzyć nowego. Nie można także zatrudnić na równorzędne albo zatrudnić w ogóle i potem zwolnić. Bo każdy pracownik przypisany jest do etatu. Inaczej miasto nie zatwierdzi zatrudnienia.

Zatem dyrekcja ma związane ręce. Miasto każe zwolnić obecnie pracujące nauczycielki. Mimo wysokich kwalifikacji, wyróżniającej pracy i stażu lat 20. To się nie liczy. 

Powiedzcie, spoglądając na to jak najobiektywniej, jak to rozwiązać, aby nikogo nie skrzywdzić. W przyszłym roku, jeśli w tym dyrektorka nie zrobi jakiś ważniejszych ruchów w moim przedmiocie, mogę znaleźć się w dokładnie tym samym miejscu. A festiwal nienawiści w moim gronie trwa. Podkładanie świń jest na porządku dziennym.

Nie umiem nie myśleć o tym. Mamy trzy etaty dla polonistek, a jest nas 6. Jedna uciekła w ciążę i wróci w przyszłym roku. Dwie wracają we wrześniu. 

Nie liczą się: prawdziwa prac, kompetencje, zaangażowanie. Liczą się przyjaciele i kumple królika.

Nie mogę i nie umiem na co dzień żyć spokojnie. Jestem jednym wielkim strachem. Bo jak mnie zwolnią, to tylko przyjdzie mi się zabić, bo nie mam żadnych szans na pracę.

I to by było na tyle.

09:02, ladymgielka
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014
Spotkanie na szczycie

     Wczoraj odbyło się od dawna planowane spotkanie na szczycie: Dzieci, Teściowie i Świekra. Dotyczyło planowanego ślubu. No, sprawa zrobiła się nie tylko priorytetowa na ten rok, ale i poważna. 

     To ich ślub, zatem musiałam wyłączyć swoje wyobrażenie o nim. Więcej rzeczy mi się nie podoba niż podoba. Na pierwszym miejscu niepodobania jest oczywiście wesele. Ale jakie by nie było i tak nie będzie mi się podobać, bo ja od dzieciństwa nie znoszę wesel. Na tym muszę być, nie mam wyjścia.

     Pomyślałam sobie jednak, że może poproszę Was o Wasze sugestie związane z tą uroczystością. Co Wam się na ślubach, weselach podoba a co nie. O czym szczególnie warto pamiętać, a o czym często się zapomina?

     Jednym z ważniejszych problemów, jaki się już pojawił, to wielkość lokalu, który ogranicza zaproszenie wielkiej liczby gości (choć  to akurat jest dobre). Maks 60. W tej liczbie są: rodzina panny młodej, rodzina pana młodego, goście wspólni - czyli grono ich przyjaciół, bo nie chcą osobnego spotkania.

       Moja bliska rodzina jest spora. Jest nas zdecydowanie więcej niż tamtych. Gdyby zaprosić wszystkich - nie byłoby miejsca dla przyjaciół. Uznałam w bezsenną noc zatem, że dobór będzie następujący: najbliższe pokrewieństwo. Ale mimo redukcji i tak liczba wciąż była zbyt duża. Wykluczyłam zatem moich młodych kuzynów, z wyjątkiem chrześniaka, którzy są małżeństwami, ale nie zapraszali na ślub Juniora, chrześniak zaprosił. Wydało mi się to dość sensowne. Ale jaką by strategię nie przyjąć, zawsze ktoś obgada i uzna, że było be. Muszę zmieścić się w 25 osobach (łącznie z nami). No i pytanie: co wypada czego nie?  Czy wiedzieliśmy, że gości może być więcej? Tak, ale zdecydował charakter lokalu a nie jego wielkość. 

      Biję się z myślami, bo dla mnie problemu tak naprawdę nie ma, ale wiem, że Rodzice wniosą wotum. No i jesteśmy w domu. To znaczy, jak bardzo ja jestem "uzależniona" decyzyjnie od Nich. Nie umiem się postawić, wiem też, że często mają racje, jednak życie chadza własnymi drogami.

     No i na koniec mały smaczek: młody chce mieć garnitur J. Bonda :). Chce wyglądać tak jak on.

     Bardzo Was proszę napiszcie, co o tym wszystkim sądzicie i na co powinnam jeszcze zwrócić uwagę. 

       Miłego dnia :)

09:43, ladymgielka
Link Komentarze (7) »
piątek, 03 stycznia 2014
Każdy zasługuje na drugą szansę?

   W Nowy Rok weszłam starym krokiem. Przeziębiona, z bezgłosem i nowymi problemami.

    Rok nie zaczął się najlepiej. Młodego na prywatce okradli z całego portfela, upłynniła się przy okazji pożyczona mu moja karta do S. No i wszyscy jesteśmy przeziębieni.

  Po Świętach zrobiłam to, co postanowiłam wcześniej. Potrzebował 24 godzin, by sprawę przemyśleć i z kwiatami poprosił o drugą szansę. 

   Poddałam się też biegowi rzeczy, zdecydowałam się nie ingerować. Poczułam ulgę, mimo iż wydawało mi się, że widzę się tylko w jednej roli, roli singla. Zdałam sobie również sprawę, że nie byłam tak do końca gotowa na ten krok.

           Jednak cieszę się, że to zrobiłam, że odważyłam się napisać, co czuję i myślę.

                         "Nie umiem, nie muszę, nie chcę tak żyć"

         Najważniejsze było dla mnie "nie muszę". To coś nowego w moim życiu. Zrobiłam to chyba bardziej dla siebie. Przekroczyłam Rubikon.

       Nie wiem, co i jak będzie dalej, ale na ten moment mogę tak żyć. Zobaczę, co przyniesie przyszłość.

           Dziękuję Wam za wsparcie.

19:15, ladymgielka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 grudnia 2013
Idą

                 

 

                                    

 

                 Czuję, że idą, ale radość z ich nadejścia jest gdzieś w cieniu podjętej decyzji. Jeszcze wciąż można się cofnąć. Jeszcze nie padły słowa, jeszcze list nie został doręczony. I lęk wciąż robi swoje. Szturcha mnie, straszy, nie daje spokoju. 

              Nie mam wątpliwości, a jednak się boję to zrobić. Chcę na razie połowicznego rozwiązania. Muszę zostać w domu sama. Muszę zamieszkać sama. Odetchnąć, przestać się bać domofonu i kroków na schodach, naciśnięcia klamki i słów: dobry wieczór. A potem milczenia, zaciśniętych ust i pełnych dezaprobaty gestów. Lekceważącego podejścia do wszystkiego co robię. Braku jakiegokolwiek wsparcia w domowych pracach i życiu mentalnym. I dziesiątków spraw, o których nie mam odwagi nikomu powiedzieć, a które sprawiły, że ideał spadł z piedestału, na który go sama postawiłam.

         Zawarłam kontrakt z marzeniami, a przyszło mi żyć z rzeczywistością.

 

                  Tylko co ja powiem Rodzicom?

 

        

15:38, ladymgielka
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19